Mój komentarz do artykułu na blogu Janusza Korwina Mikke:
“Zgadzam się z Panem Korwinem.
Nierentowność wyższych uczelni państwowych m.in. mojej technicznej to standard. Uczelnia utrzymuje się z budżetu państwa i z opłat za studia niestacjonarne (zaoczne) + z opłat za poprawki. Do tego ta rażąca desynchronizacja kształcenia z aktualnymi potrzebami runku pracy.
Zgodnie ze szczególną teorią względności oblałem dzisiaj fizykę na kierunku, który nijak ma się do tego przedmiotu, decydują o tym tylko względy akredytacyjne, które wymagają od nas analizy matematycznej i fizyki, jako nauk dla techniki elementarnych. A oblał mnie młody doktorek, który oprócz tego, że wykuł całe 4 półki dokumentacji z fizyki nic nowego do fizyki pewnie nie wniesie, jeno siedzi sobie w ciepłym instytucie. “Nie jest głodny, toż płodny też.”. Nic nie byłoby w tym złego, gdyby nie fakt, że analiza matematyczna potrzebna jest nam tylko do rozwiązywania zadań z fizyki. Natomiast sama fizyka już do prawie niczego. Fizyka ma obecnie zastosowanie w informatyce tylko jako fizyka kwantowa w dziedzinie, w której z nas informatyków będzie pracowało może 2%?
Nie wiem, ale wydaje mi się, że ten system uczelni technicznych zraża całą masę aplikujących na studia do uczelni wyższych, stawiając barierę w postaci tych przedmiotów ścisłych. Abstrahując od matematyki dyskretnej, która skomponowana została specjalnie dla dziedziny informatyki. I ją należy zrozumieć.
Sam jestem humanistą, który znalazł się na takich a nie innych studiach. Nie żałuję ani chwili. Osobiście rozwinąłem się istotnie. Jestem już inżynierem i niestety po 4 latach studiów widzę, że politechnika wprowadza specjalizację dopiero na ostatnich 3 semestrach 5-cio letnich studiów. Do tej pory było ogólnie na temat informatyki, jak ogólnie na temat wszystkiego w ogólniaku.
Mam 23 lata na karku i nadal nie jestem specjalistą mimo, iż moje studia posiadały specjalność, a nawet specjalizację, ale to tylko, żeby zapełnić rubryki w ich papiurach ;-]
Obecnie na uzupełniających magisterskich, nim się zacznę na dobre specjalizować, choć ta “ultimate” specjalizacja również jest grubymi nićmi szyta, zacznę pisać pracę magisterską i finito.
Osobiście uważam, że za mało jest tutaj humanistów, a za dużo studentów lubujących się w najzwyklejszym wyścigu szczurów.
Efektem jest ten tak potężny odsetek studentów na kierunkach humanistycznych, czy ekonomicznych – w większości nieproduktywnych. A ledwie 1/4 na technicznych, z których i tak większości przyszłość jest niepewna.
Znam lewicowców, którzy są nośnikami dobrych rozwiązań. Sam Internet jest z gruntu lewicujący. Ale to polskie lewactwo, to perfidne łudzenie całych mas, że są “obywatelami”, czas jednak pokarze (ja również doszedłem do tego wniosku), że są jedynie potomkami – synami, córkami zwykłego robotnika, czy chłopa. Nie jest tak? I tak magistrowie ekonomi lądują na kasach w Tesco, a magistrowie inż. po politechnice ostatnimi wasalami wasalów seniora Bill`a Gatesa. Nie dawno jeden magister historii z moich okolic został uzbrojonym portierem w kopalni dolomitu.
Na targach pracy we Wrocławiu (2006) pyta się pewien starszy inżynier, oglądając na jednym ze stanowisk interesujące filmiki o robotach i maszynach produkcyjnych: “Czy szukacie pracowników w tej dziedzinie, ponieważ specjalizuję się w dziedzinie konstrukcji tego typu urządzeń. Mam na myśli pracę jako inżynier, racjonalizator?”
Odpowiedź przedstawicielki zagranicznej firmy: “Tak potrzebujemy pracowników, ale takich, którzy pracują na tych maszynach, a nie je analizują”.
Pozdrawiam i życzę powodzenia w tym sromotnym systemie wszystkim tym, którzy wg. B. Shaw są nierozsądni.^^”
[edit 14.03.2007]
Post ten napisany został pod przypływem, jak to można określić, depresyjnego niezadowolenia.
Jednak jaki konstruktywny wniosek można z tego wysnuć?
Prawda jest taka, że cywilizacja ludzka opiera się w dużej mierze na indywidualnej, czy też zbiorowej pozoracji, powszechnie łaknąc iluzji.
A system określania poziomu wykształcenia jest jednym z tego przykładów. W większości przypadków jest to ocena oparta na tym jaki jest poziom wytrzymałości na stres danej jednostki. To “niby” determinuje czy ktoś będzie tym doktorem czy też nie. Nie liczy się całe spektrum wrodzonych cech charakteru, które moim zdaniem są zdecydowanie ważniejsze, jak chociażby bycie człowiekiem rzetelnym, słownym, posiadającym pewne wyczucie i nie na tyle chaotycznym, że szkodzi się swojemu otoczeniu, tym bardziej jeśli jest się jego istotnym elementem. Oczywiście część z naukowców jest faktycznie prawowitymi posiadaczami tytułów naukowych, jednak z autopsji wiemy, że spokojnie całe 2/3, czy nawet więcej, to improwizatorzy, czy osoby, które wręcz “wymęczyły” swoje tytuły naukowe.
Sam jestem pewnego rodzaju improwizatorem, czy mam świadomość braku swojej wnikliwej wiedzy w tym, czy w tamtym, ale przynajmniej już oszacowałem do czego mój charakter by się nadawał, aby nie było kaleczenia i tej jak to się mówi “skify”.