O prawie wszystkim… (v.1.0.0.6)
Heh. Nagłówek “O mnie” już stracił sens, bo w końcu opisuję tutaj nie tylko siebie samego, a wszelkie aspekty ze mną związane, a jest ich przecie szerokie spectrum.
Od teraz będzie “O prawie wszystkim”, a “prawie” robi wielką różnicę zgodnie z reklamą.
Proszę zawartych tutaj wniosków nie traktować jako całkowicie wiążących, gdyż na bieżąco są one poprawiane i aktualizowane. Zalecane jest dlatego ciągłe śledzenie zmian. Publikacja “O mnie” pojawiła się na tym blogu dopiero od wersji 0.2 i jak widać doczekała się już kilkudziesięciu poprawek, aktualizacji (v0.2.1, v0.2.2 itd.). Jak zauważyłem zawarta tutaj treść dość szybko się dezaktualizuje, co uzasadnia progres mojego myślenia – dążenie do ujawnienia wszelakich niejasności we mnie i poza mną. Oczywiście do osiągnięcia ostatecznego rozwiązania została do pokonania jeszcze kosmicznie długa droga.
Pffiuu… W końcu w wersji 1.x.x.x!
A teraz jak na spowiedzi:
Z racji, iż od jakiegoś czasu stronię od upiększania informacji na swój temat, zacznę od tych negatywnych i wymienię istotne mankamenty mojego charakteru, które z czasem udało mi się zlokalizować i w mniejszej części wyeliminować:
- typ człowieka total lub tzw. ciężki kaliber
– zazwyczaj gdziekolwiek się pojawiam, staram się zaprowadzić swój nowy ład. Kiedyś jeszcze wynikało to z mych autokratycznych zapatrywań. Obecnie staram się po prostu regulować różne kwestie międzyludzkie opierając się na zasadach, zazwyczaj spisanych w postaci regulaminu lub informacji, aby w ten sposób unikać elementarnych problemów, które powtarzają się na okrągło i naturalnie niepotrzebnie mnie i innych absorbują. O ile dla postałych takie telenowelowe dialogi są normalne, dla mnie są one zwykłą stratą czasu.
Z tego wynika też jedno: Nie lubię się powtarzać.
- niedostatek wstrzemięźliwości (rozumiane jako niekontrolowanie się przed tzw. “przegięciem” w wielu sytuacjach: dyskutowaniu, opowiadaniu, ośmieszaniu itd.), – jednak coraz częściej udaje mi się nad tym panować,
- dręczenie innych (wynikające bezpośrednio z niedostatku wstrzemięźliwości),
- lekka odmiana manii prześladowczej (przede wszystkim chodzi tutaj o negację niektórych aspektów życia), – z czasem nabrałem do tego dystansu, moje znowelizowane poglądy zdają się niwelować ten problem u źródła,
- frustracja i depresja gotowa – defekt umysłowy wyniesiony z dzieciństwa, gdzie poważnie zszargałem swoje nerwy. Co dziwnego swój brak cierpliwości i wtórna złość (czasami nawet furia) dotyczy rzeczy martwych i konkretnie jej złośliwości. Wywołana tym frustracja i depresja destrukcyjnie wpływa na mój aparat myślowy i wykonawczy. Do ludzi nie potrafię wykazywać takiej niepohamowanej złości.
- narzekanie tudzież zwane ględzeniem
– w momentach depresji,
- domyślne (defaultowe
), dyskryminujące postrzeganie niektórych postaw, gdzie trudno jest mi zaakceptować określone postawy – nośniki innych systemów wartości, innych trybów postępowania, co bezpośrednio wynika z mojego wrogiego nastawienia do pojęcia “tolerancja”, które uważam za marzenie ludzi oderwanych od rzeczywistości, którzy, mając w obecnych czasach sposobność, na siłę próbują nakłaniać do tego innych.
Stosunek do świata:
Moje pojęcie świata ulega ostatnimi czasy istotnym zmianom. Intensywnie próbuję zrozumieć jego celowość i wielowymiarowość głównie na podstawie syntezy własnych obserwacji życia na Ziemi.
O ile celowość świata może nie zostać nigdy odkrytym, to wyczuwam, iż przynajmniej wyjaśni się celowość mnie samego w tym świecie
Stosunek do siebie samego:
Jestem dla siebie ostoją pełną niepewności. Ktoś powie: “To co to za ostoja w takim razie?”.
Tak się składa, iż w moim przypadku doszło do pewnego paradoksu. Moja świadomość i po części zdobyta wiedza jest moją ostoją, natomiast sam charakter zatopiony w podświadomości klasyfikuję jako wytwór niestabilny, ten który w dużej mierze przysparza mi wielu elementarnych trudności w egzystowaniu.
Charakterystyka mojego zachowania w dużej mierze pokrywa się ze stoickim.
Jeszcze całkiem nie dawno w ramach mojego New Age podejścia, chciałem wychodzić do rzeczywistości z czymś nowym – lepszym. Dziś wiem, że lepsze jest wrogiem dobrego. Mój wzrastający konserwatyzm już wkrótce wytępi z mojej jaźni tego rodzaju błędne pojęcie, jakoby polepszanie człowieka przez niego samego było z korzyścią dla niego. Obecnie sądzę, że tylko ewolucyjne poprawy tego gatunku są naturalne, pozostałe wymyślone przez człowieka w większości stają się zwiastunem jego degeneracji, czego doświadczamy w obecnych czasach.
Moje prawicowe poglądy, to patriotyzm (przywiązanie, sentyment do kawałka terytorium, na którym się wychowywałem, a także poszanowanie dla przeszłości, aby nie deptać jej ołtarzy i nie dublować jej błędów) oraz poczucie wolności działania z odpowiednio wykształconym kręgosłupem moralnym.
Natomiast moje lewicowe zapatrywania to przede wszystkim świadomość całego spektrum fenomenalnych przebłysków różnych lewicowych idealistów, którzy złudnie próbowali i próbują zaprowadzić na tym świecie cząstkę Utopii (jednak nie ma to związku z robotniczą rewolucją socjalistyczną).
Bardzo cenię sobie stabilizację obszaru, w którym działam oraz moją wysoką efektywność, która wynika może nie tyle z samego doświadczenia co połączenia jego z instynktem, który pozwala mi osiągać ten tzw. “focus” – ostrość, rzutkość w realizacji celów.
Mam świadomość tego, iż właściwa higiena psychiki ludzkiej uzależniona jest od systematycznych zmian, niestety jednak w moim materialnym otoczeniu nie jestem ich autorem. Jednakże w pewnym momencie w ramach progresu mojego ego w końcu dostrzegłem wagę zmian w życiu i poniekąd zacząłem coś w tym kierunku robić.
Moje wymagania bytowe są niskie, można nawet powiedzieć, iż prawie zamrożone, stąd też zabieganie o dobra materialne nie należy do moich celów nadrzędnych, jednakże mam świadomość ciężaru jaki niesie z sobą taki “oszczędny” tryb życia. Rozwój własnej mentalności szybko staje się celem podstawowym, który szybko przyświeca mi moje materialne potrzeby, stąd też moje wydatki przypominają trochę ascezę w obecnej konsumenckiej rzeczywistości, o ile polskie realia można tak nazwać. Odbijam to sobie dopiero od czasu mieszkania w Anglii, gdzie oprócz bieżących wydatków stać mnie na mniejsze/większe inwestycje.
Z racji, iż do pokornych ludzi nie należę, dla wszelakich nie w pełni zaaprobowanych przeze mnie zmian jestem stosunkowo oporny. Natomiast pasjonuję się ich inwencją.
Nie popieram poglądu, jakoby człowiek był tabula rasą? To co zapisywało się na tej mojej “kartce” jeszcze przed urodzeniem nadal istotnie determinuje wiele aspektów mojego życia. To co działo się w dzieciństwie i wieku młodzieńczym to dopisanie kolejnych bazgrołów. Więc wkraczając w pełnoletniość byłem niczym innym jak nieźle zabazgroloną kartką. Natomiast to co działo się później i trwa do dnia dzisiejszego, to moje mnogie próby wyłaniania porządku z tego chaosu. Uważam, że progres jest zadowalający (a raczej pocieszający), jednak są chwile w życiu, które chwilowo dewaluują moje dotychczasowe osiągnięcia. Często niczym deja vu nachodzi mnie sromotna myśl, iż zmienianie się mnie na lepsze, to tylko moje złudzenie. Podejrzewam, iż spowodowane jest to faktem popełniania z pewną systematyką tych samych błędów. Czy ich dokonywanie się dzieje się za sprawą naszych cech niezmiennych (genetycznych?), podświadomości, czy wynikającej z tego nieostrożności?
Zostałem zaprojektowany tak, aby nie akceptować powszechnej “szarości”, z którą doświadczeni życiem ludzie próbują mnie pogodzić, w kółko powtarzając: “Nigdy nie będzie tak, że coś jest białe czy czarne. Wszystko (życie) jest szare.”.
Według mnie szarość życia wynika z samej istoty szarych mas. Jeśli swoje życie opieramy na angażu w plotach, niekończących się dywagacjach bez rozwiązywania problemu u źródła, to życie jest szare i takie już pozostanie do grobowej deski, w przeciwieństwie do telenowel, które będą ciągnęły się bez końca, narzucając ten beznadziejny kanon.
Na dzień dzisiejszy jestem znudzony wysłuchiwaniem banalnych problemów dorosłych już ludzi.
Coraz szybciej jestem w stanie stwierdzić z czym dany, nieświadomy niczego człowiek będzie się w przyszłości, po części na własne życzenie, “ścierał”. W przeważającej większości jest to efekt zwykłego jego zaniedbania.
Mnie ta reguła również dotyka. Podobnie na własne życzenie upieram się przy kultywowaniu postawy, która czyni ze mnie człowieka “ponad wszystkim”, outsidera. Jednak tylko takie postępowanie pozwala mi obrać znaczny dystans do powszechnej euforii i hedonizmu, aby ustanowić dobry punkt obserwacyjny.
Jestem człowiekiem zawziętym. Jest to moja zaleta a za razem wada. Wszędzie tam, gdzie mogę świadczyć usługi dla polepszania jakiegoś kawałka świata, tam angażuję się prawie bez reszty. Kto zaufa mnie i ofiaruje pełnomocnictwo musi wkrótce liczyć się z moim dyktatem. Moja dedykowana w większości za darmo służba okupiona jest moją koncepcją realizacji celu. W wielu przypadkach moje postępowanie przypomina zabieg chirurgiczny, który jest szybki, zdecydowany, budzący niepewność u pacjenta i niejednokrotnie bolesny, ale skuteczny, przynoszący pozytywne zmiany, tudzież eliminujący jakąś patologię. Ale są też tego ofiary. Ale zgodnie z męską naturą należy dążyć do celu, uświęcając za jego pomocą środki.
Ten tryb postępowania przypomina trochę zawziętą walkę z niemocą, z którą niestety wielu z nas się godzi. Czas, który straciłem w dzieciństwie na angażu w rodzinnej patologii, staram się obecnie za wszelką cenę odzyskać, a można tego dokonać jedynie oszczędzając teraźniejszy i przyszły. Mogę to realizować jedynie poprzez eliminację patologii w moim obecnym życiu.
Tak, jestem też niesubordynowany, mam naturę wywrotowca. Jestem w stanie podporządkować się jakiemuś żyjącemu autorytetowi, ale pod warunkiem, że będzie on wystarczająco wydajny w działaniu i niejednokrotnie zaskoczy mnie swoją inicjatywą. W przeciwnym razie będę się wyłamywał.
Całokształt ten powoduje, iż pomimo, że jestem w wielu sytuacjach niezastąpiony, to jednak nadal utrzymany w sferze outsidera, a wszystko za sprawą mojej nieprzewidywalności i oderwaniu od rzeczywistości – jakkolwiek rzeczywista by nie była.
Kącik astrologiczny
Według astrologii jestem spod znaku zodiaku Panny. Ktoś kto zna się na tym pewnie powie: “Trzeba było tak od razu!” albo “Teraz to wszystko jasne!”.
Faktycznie wiele cech, które ją charakteryzują, można mnie przypisać. Jednak jestem zwolennikiem naukowej, a nie magicznej, science fiction interpretacji prawd astrologii. Wkraczam tutaj na płaszczyznę ludzkiej egzystencji gdzie ścierają się prawdy naukowo przebadane, nadal badane z tymi dotąd niemożliwymi do zbadania, mistycznymi. Dzięki jednym i drugim człowiek od wiek wieków potrafi manipulować innymi, dlatego też w stosunku do astrologii, która od zawsze była pasjonująca dla wielu, ja jestem sceptyczny.
Jakkolwiek to co trapi zodiakalne panny, trapi również i mnie. Chodzi tutaj o fakt niedoceniania przeze mnie innych, nieakceptowania krytyki moich działań (ponieważ zdaje się, że krytykę własnej osoby już przyjmuję do wiadomości, a nawet sam staram wewnętrznie się dyscyplinować) oraz nieprzyznawania się do błędów.
Mimo to nie akceptuję swojego astrologicznego przeznaczenia. Jestem zwolennikiem ewolucji własnej osobowości w kierunku jej ulepszenia. A nawet jeśli okaże się to niemożliwe, to wprowadzę odpowiednie, zewnętrzne, sztuczne środki zaradcze. Mam świadomość tego, iż są w życiu lub związku dwojga ludzi momenty trudne, ale nie może to odbywać się na zasadzie kasacji (resetu) dotychczasowych doświadczeń i osiągnięć, czy też huśtawki emocjonalnej.
Tak jako informatyk jestem adeptem informatyzacji ludzkiej rzeczywistości i często zwracam uwagę na nieudolną wymianę informacji w różnych aspektach naszego życia, co jest powodem wielu problemów a wtórnie również tragedii, tak też uważam, że sprawna wymiana istotnych informacji może zapobiec tu i ówdzie powstawaniu różnego rodzaju patologii, które dla wielu wydają się nie do przeskoczenia.
Widzę, jak ludzie na co dzień motają się w swym niepokoju, błędnie szukając wyjaśnienia w domysłach i odgrywając swoje dziwne role. Co ciekawe moją niechęć do improwizacji i domysłów astrologowie określili jako jedną z cech mojego znaku zodiaku. ![]()
Nadal uważam jednak, iż horoskopy tłumaczą nam “wszystko i nic”.
Stosunek do innych:
Jestem domyślnie nastawiony życzliwie do ludzi. Za każdy uśmiech staram się odwdzięczyć własnym. Problem w tym, iż jestem zmienny i w niewłaściwych momentach jestem albo zbyt ostrożny albo zbyt łatwowierny.
W towarzystwie staram się być zabawny, jednak nie opowiadam kawałów, lecz puszczam wodzę fantazji i konstruuję różnego rodzaju gagi (humor sytuacyjny), które dodatkowo wzmacniane są przez odpowiednich rozmówców. Natomiast jeśli towarzystwo jest zbyt sztywne lub najzwyczajniej nie “kmini” mojego humoru, tracę inicjatywę.
Należę do wąskiego grona ludzi zasadniczych i krytycznych. W moim przypadku rzadko o tzw. “słodzenie”. Jestem w towarzystwie uważany za osobnika “niebezpiecznego”, od którego lekko się stroni, gdyż w przeciwieństwie do wielu, nie wzmaga on powszechnej euforii i hedonizmu.
Zdarza się mnie robić z igły widły, ale wynika to bardziej z odziedziczonych skłonności, niż z zasadności tego zachowania i przypomina raczej sporadyczny kaprys.
Stosunek do istoty ludzkiej:
To jakie jest moje spojrzenie na człowieka zależy od całego spektrum wariantów, jakie mogły uwarunkować jego istotę, które zawierają się w różnego rodzaju teoriach filozoficznych, psychologicznych i socjologicznych tych przeszłych i teraźniejszych.
Teraz pytania:
Czy człowiek powołany został do życia ze swoim abstrakcyjnym myśleniem, jako pewnego rodzaju nadzieja świata?, czy też stanowi jedynie kolejny z jego ordynarnych standardów, rezultat małego wybiegu Ewolucji?
Czy człowiek ma odegrać znaczącą rolę w świecie, czy jest jedynie nacją ostatecznie spisaną na straty?
Czy o przyszłości naszej ludzkości decyduje ona sama, miotając się pomiędzy systemami wartości zgromadzonymi wokół pierwotnych instynktów, czy może za sprawą wtórnego abstrakcyjnego myślenia, czy też może ktoś lub coś za nas decyduje, a my jedynie poruszamy się niczym te kukiełki w miniaturowym teatrzyku?
Stosunek do kobiet:
Wspaniałe istoty tego materialnego świata, jednakowo w swej wspaniałości kruche, nieprzewidywalne.
Kobieta nigdy nie była mi przyjaciółką, gdyż z braku swej zewnętrznej wrażliwości nie potrafiłem tego wystarczająco wskrzesić, czy też pielęgnować. Było to jednak bardziej z przyczyny nielicznych w życiu prób, niż niedostatecznego temperamentu. Na domiar złego świadomość niewykorzystanych szans pogłębia moją melancholię. Zaczyna być to trochę żałosne, kiedy zaczynam doszukiwać się w swym miłosnym cierpieniu, poprzez niespełnienie, cichej satysfakcji :-/. Już od jakiegoś czasu nie uważam tego za swą normę, ale niestety kilka “stałych” (constant) mojego zachowania utrzymuje mnie w tym impasie. Z tego też powodu często mam za złe kobietom, a dokładnie Polkom, iż są bierne w nawiązywaniu bliższych znajomości, przełamywaniu pierwszych lodów. Ale winić mogę jedynie siebie, że trema prawie bez reszty zżera mnie w tych kluczowych momentach, co powoduje, że jestem sztuczny, mówię głupoty albo kompletnie mnie zatyka. O ile umysłowe symulacje są niesamowicie romantyczne, to realnie wynik rozbija się o pierwsze, powiedzmy, 20 minut.
Tak, bardzo chciałbym urzeczywistnić te moje wyrafinowane miłosne imaginacje.
Nadal nie potrafię zaakceptować pewnych charakterystycznych cech kobiecych, które świadczą o jej niestabilności, a za razem stereotypowości.
Z szowinizmem zmaga się zapewne każdy przedstawiciel płci męskiej. Z reguły większość korzysta z najłatwiejszej ścieżki i po prostu szowinistami zostają, kolejni twierdzą znów, że ich ten problem nie dotyczy, jednak w momencie zawodu, wylewają swoje liczne wątpliwości, których wnioski lepiej aby druga strona nie usłyszała.
Stąd też uważam, iż aby mieć wartościowe przekonania należy na bieżąco zmagać się z różnego rodzaju moralnymi rozterkami, a nie udawać, iż problem nie istnieje lub nie dotyczy.
Tak czy inaczej jestem bliski pójścia w stosunku do kobiety na znaczny kompromis, gdyż uświadomiony jestem lepiej w jej istocie i odmiennym jej sposobie postępowania we wspólnych realiach.
Tutaj taka mała aluzja do muzyki. Otóż jednym z argumentów, dzięki któremu kobiety u mnie punktują, to podziw dla ich wokalu w muzyce, której słucham.
Czy kobieta jest odwrotnością/przeciwnością mężczyzny?
Trudno powiedzieć. Wydaje się, że jest stworzeniem sprytnie zaplanowanym. Czymś co potrafi uprzedzić również moje myślenie. Czymś co poprzez swoją wyraźną odmienność (nie koniecznie odwrotność) fascynuje chłopaków i mężczyzn. Czymś co podświadomie dla dobra ciągłości gatunku wabi w taki czy inny sposób, posiada cały wachlarz możliwości do tego celu. I zdaje się ona być zawsze naszym ostatecznym spełnieniem bez względu na to, czy zastanawialiśmy się nad tym 30 minut, czy też 15 lat.
Nieustannie uzależnieni od tej czasoprzestrzeni zdani jesteśmy na jej skłonności. I o tym przypomina nam prawica (takie małe nawiązanie do polityki
). Tylko doraźnie możemy wybiegać poza te ramy jedynie własnym umysłem, każdy na swój sposób. I o tym przypomina nam lewica.
[*] Często śni, marzy mi się idealny związek, gdzie pomiędzy mną a moją towarzyszką życia istnieje pasjonujące w swym ogólnym wzruszeniu i zrozumieniu połączenie. Jest to coś co wykracza poza wzajemne tylko spojrzenia, głupstwa oraz dotyk. Jest to niesamowita aura, gdy o której myślę “coś ściska mnie w dołku”*. I właśnie całe spektrum odczuć, perspektyw towarzyszące tej chwili jest esencją tego, jak widziałbym swój związek z tą istotą (określenie kobieta jest w tym przypadku niewystarczające, takie doczesne).
*”coś mnie ściska w dołu” – w moim przypadku nie chodzi tutaj o uczucie głodu
, ale o jednorazowy charakterystyczny ścisk przepony (dość analogiczny z tym objawiającym się w momentach gwałtownej zmiany wysokości tzw. “winda”). Jest to uczucie pozytywne, które w moim mniemaniu z powodzeniem kwalifikuję do doznań wyższej kategorii, niż te pochodzące bezpośrednio tylko od podniecenia.
[addon]
Czyżbym znowu generalizował?
Jednak nadal upieram się, że kobiety są bardziej schematyczne od jej przeciwległej płci, ale wcale nie uważam tego za wadę – widocznie tak po prostu ma być.
[addon]
Whatever…
Płeć żeńska tak jak i męska wkraczając na ten świat ma swój własny zestaw narzędzi, jaki może wykorzystać, aby się na tym świecie jakoś utrzymać, uwić sobie gniazdo.
Problem pojawia się dopiero na płaszczyźnie moralności, ale to i tak nie zmienia faktu, że kobieta czy mężczyzna nadal może uciekać się do takich a nie innych narzędzi (metod) w danym momencie. Dlatego problem nie leży po stronie narzędzi lecz po stronie ich użytkownika.
[addon]
Tak jak już gdzieś publicznie wspomniałem, a zapomniałem tutaj wspomnieć, mam “smaka” i plan na przemyślany związek z przedstawicielką płci pięknej.
Chodzi o wdrożenie z mojej strony szeregu psychologicznych mechanizmów, które będą regulowały wynikające w trakcie współżycia niejasności i problemy. Mam tutaj na myśli różnice w myśleniu, pamiętaniu danego człowieka, które determinują wtórne jego zachowanie + to iż każdy na co innego zwraca uwagę, dlatego też chcę, aby indywidualne priorytety nas dwojga stały się wspólne, jednakowo ważne. W razie W nie zawaham się podjąć rozmów w celu uzyskania zadowalającego dla obojga kompromisu, bez uciekania się do ignorancji.
Ale czy takie gwaranty i zabezpieczenia mają przełożenie, mogą być w ogóle realnym spoiwem związku dwojga ludzi? Czy może decyduje o tym wyłącznie idealne zgranie się charakterów?
Od pewnego czasu, gdy ogarnia mnie stagnacja, wydaje mnie się, że układ mężczyzna-kobieta jest jedynym na tym ziemskim padole, w którym można realizować idealny kawałek własnej rzeczywistości. Większość dochodzi do tego wniosku instynktownie. Ja natomiast latami musiałem się przekopywać przez gąszcz dylematów. Mam nadzieję, że dzięki temu wyciągnięte wnioski są wyższej wartości.
[addon]
Każdy wątpliwy kochaś prędzej czy później będzie zastanawiał się czy nie lepiej byłoby przechytrzyć kobiety, grając na jej pierwotnych instynktach i skłonnościach. Zastosowanie kilku metod okazuje się dużo lepsze niż tona analiz, strategii, starań i przygotowań. To jest nieprawdopodobne jak łatwo można tego dokonać niejednokrotnie obserwując w akcji tych tzw. gamer-player-ów zwanych w Polsce “plazerami”.
To wszystko wymaga jedynie, w moim przypadku “aż”, zmiany postępowania. No ale przecież tak podobno się zmieniam?! Tak, tylko nie w tym zakresie, tym bardziej, że związane byłoby to z całkowitym podważeniem moich dotychczasowych “osiągnięć”. Dlaczego w cudzysłowie? Dlatego ponieważ jedyna racjonalna strategia postępowania w stosunku do kobiet poddaje te moje osiągnięcia w dużą wątpliwość, jakoby były one wyłącznie na mój kawalerski użytek. Tak też jest, przecież wszystko w końcu dzieje się w moim umyśle, a że rzeczywistość jest mozolnym trybem, to też nie ma to aż takiego przełożenia.
Nah. Odnosząc się do zaleceń takiej chociażby “Szkoły Uwodzenia”, to to co napisałem powyżej tego addon’a mogę sobie z powodzeniem zakopać w ogródku.
Aż nieprawdopodobne jak za pomocą takich lektur szkolą się nasi utajeni, sprytni szowiniści, w przeciwieństwie do tych oficjalnych, niepopularnych, których kobiety nie lubią i unikają.
W obecnych czasach lansuje się tezę naukową, iż rodzaj męski bierze swój początek od zdegenerowanego chromosomu i to nie jako rzutuje na jego całe życie, że jest świnią, chamem, cipą a i maminsynkiem też. Z trudnością przechodzi mi to przez gardło, ale to kobiety są źródłem naszej skomplikowanej rzeczywistości. Trudno, żeby kobieta myślała tak jak mężczyzna, czy postępowała tak jak on. Są wyjątki od tego, ale co z tego. Nie chodzi o to, aby ich zachowania w jakikolwiek sposób sankcjonować, ale nie pozwalać im dominować, wpływać w takim stopniu, jak ma to miejsce w obecnej obyczajowości.
Szczypta irracjonalności: Jak pies Pani zacznie wyprowadzać Pana na spacer, to będzie już chyba ostatni dzwonek, że coś jest nie tak, bo kolejny “sierściuch” przejął inicjatywę w walce o względy Pani.
To powtarzanie w kółko, że myśl u kobiety wędruje przez dziwne ośrodki, co powoduje jej irracjonalne postępowanie. Czytając dalej odnosi się powoli wrażenie, iż jest to bardziej poradnik opieki nad kimś niepełnosprawnym umysłowo, niż kobietą. Uczymy się z tego bezwzględnej pobłażliwości w stosunku do kobiet. Niejednokrotnie byłem świadkiem, gdzie facet grał kobiecie na nosie, a ona jedynie mogła sobie ponarzekać, powzdychać, ale nadal ten jego “tajemniczy” sposób postępowania ją pasjonował i wydawał się być nawet dla niej spoiwem w związku. Większość mężczyzn czyni to zupełnie mimowolnie i ma to czego chciało. Głębiej nazywane jest to magią czy aurą. Dla mnie jest to raczej wzajemnym kombinowaniem połączonym z przechytrzaniem. Z wielką chęcią doszukałbym się w tym mechanizmie jakiegoś ewolucyjnego fenomenu, ponieważ w końcu jesteśmy jej najlepszym eksperymentem, ale kiepsko to widzę. Wielu wprawnych plazerów zapewne powie: “Kobieta to taki sam twór materialny jak i my”. I nie ma w tym żadnej magii, a jedynie umiejętna pozoracja.
Teraz należałoby zadać sobie pytanie: Czy tak było zawsze, czy może z tym jest coraz gorzej?, w końcu tak często słyszymy, że rodzaj męski się coraz bardziej zatraca, że mamy więcej męskich homosiów, ciot, “ciperów” a z drugiej strony coraz cwańszych gamer-playerów. To też spowodowało import niektórych wadliwych cech kobiecych u mężczyzn. Wydają się być coraz bardziej niesłowni, jacyś tacy mętni.
Możliwe, że coraz większy wpływ kobiet na naszą rzeczywistość (coraz więcej matek przejęło stery w rodzinie, taka dulszczyzna) spowodował tą patologiczną przemianę u mężczyzn.
Ha! Kolejna i może już ostatnia sprawa – podświadome, kobiece testowanie swoich męskich odpowiedników, dosłownie rzecz biorąc “meneater”. Zgodnie z tym poradnikiem proces testowania jest tak magiczny, że ja zdaje się musiałbym przesterować się o 180 stopni lub najlepiej wymienić swój mózg, aby to zaliczyć. I nie chodzi tylko o to, że nie jestem w stanie przemóc siebie, aby czegoś dokonać. Jest dosłownie tona powodów, dla których nie chcę tego robić. Pochodzą one z mojego sposobu postrzegania rzeczywistości, moich nie do końca utemperowanych skłonności i jeszcze kilku rzeczy, których chwilowo zdefiniować nie jestem w stanie.
Jestem bardzo ciekaw, czy te podświadome, zakodowane w kobiecie testy faktycznie zdają się działać na ich korzyść, czy jednak może okazują się bronią obosieczną, od której są później poszkodowane? Czy Ci, którzy zaliczyli egzamin, faktycznie są najlepszymi partnerami, czy zaledwie magicznymi kochankami. Tutaj mechanizm eksperymentowania, próbowania wielu partnerów w celu lepszej orientacji wydaje się jedyną właściwą strategią.
Chciałbym się ustosunkować do kilku sentencji, które w tym poradniku przytoczono.
“Co jest szczęściem? – Uczucie, że moc rośnie, że przezwycięża się opór.” Fryderyk Nietzsche
No tak.
“Nie należy lekceważyć drobnostek, bo od nich zależy doskonałość” Michał Anioł
Hmm… Ja rozdrabniam się tylko tam, gdzie uważam, że jest to istotne dla nadania czemuś dobrego stanu (rezygnuję z określenia progresu tożsamego z lewakami). W pozostałych sytuacjach uważam to za pierdoły, które tylko przeszkadzają mi w realizacji czegoś, niepotrzebnie odwracają moją uwagę. Zrobię ten wyjątek wyłącznie w stosunku do swojej partnerki i do własnych dzieci – oby.
“Mówcy powinni mieć na uwadze nie tylko to, by wyczerpać temat, ale też nie wyczerpać słuchaczy.” Winston Churchill. Tak to jest ta moja wada, zwana brakiem wstrzemięźliwości w dialogu, czy też raczej monologu.
“Absurdem jest dzielić ludzi na dobrych i złych. Ludzie są albo czarujący, albo nudni”. Oscar Wilde
O… ta sentencja porusza istotny problem, który dotyka kilku ważnych dziedzin naszego życia. Moja problematyczność powoduje, iż nie jestem czarujący, a nudny. Ten brak wstrzemięźliwości w monologu i panieńska skłonność do ględzenia też daje się we znaki. A kobiecy test daje mi najniższe możliwe noty, gdyż rzeczywiście robię wszystko wspak w odniesieniu do tego co w Szkole Uwodzenia jest napisane.
commencing…
Finally, wszystko to wydaje się tylko moją chorą walką z czymś nieuniknionym, czymś czego kwestionować nie powinienem. Z drugiej strony przecież chodzi tylko (aż) o zachowanie własnej ciągłości genetycznej. Zgodnie z poradnikiem zamieniam każdy swój problem na wyzwanie i kobiety są już moje. Pfff… Nie będę grał kogoś kim nie jestem. To podważa moje fundamenty, wolę pozostać takim palantem jakim jestem, nawet jeśli nie znajdzie się na mnie amatorka. Mówi się trudno. Widocznie musiałem porządnie nabroić w swoim poprzednim wcieleniu, że mnie taki feralny los spotkał.
Stosunek do mężczyzn:
Ble ble ble…
Reasumując rodzaj męski to istota, która przez kogoś lub coś obdarowana została większym współczynnikiem zmieniania rzeczywistości (tych widocznych). Ma w tej dziedzinie istotny potencjał. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, iż w ramach niezidentyfikowanej moralności naszego Kreatora został on przez niego dodatkowo obciążony ciężarem instynktów i skłonności, które nie rzadko wpływają na jego złą ocenę sytuacji.
[addon]
Chłopcy rodzą się i rozwijają licząc, iż ich generacja wniesie w ludzkość coś nadzwyczajnego. Większość z nich poddaje się próbie fenomenu już w przedbiegach. Pozostali, którzy nadal upierają się, iż uda im się czegoś wielkiego dokonać, odpadają jeden po drugim.
Nawet najbardziej wytrwali mężczyźni ostatecznie poddają się, w spóźnionym wieku korzystają jak wszyscy z najlepszego rozwiązania jakie daje im świat, o którym to kobiety cały czas im przypominają, i wydają na świat potomstwo, mając teraz nadzieję, iż to właśnie ono dokończy ich niedokończone dzieło budowania lepszej przyszłości. (po nowelizacji moich poglądów politycznych brzmi to trochę postępowo…)
…
Kwestia tylko czy te same problemy, pobudzone wrodzonymi skłonnościami, co jakiś czas jak bumerang nie wracają niczym genetyczne deja vu.
Stosunek do homoseksualistów:
Istoty będące w nieustannym potrzasku. W wielu przypadkach efekt fenomenalnego rozwoju wrażliwości, objawiającego się w wielu dziedzinach sztuki.
Odpowiednia dystrybucja hormonów w moim organizmie powoduje, iż próby na jakie wystawiana jest moja wewnętrzna wrażliwość, nie rzutują na popędy mojego organizmu.
Jednocześnie świadomy jestem tego, iż nie można dokładnie wskazać granicy, po której człowiek staje się homoseksualistą. Ta granica wydaje się bardzo cienka, niewyraźna.
Z racji moich prawicowych sprecyzowań uznaję grupę homoseksualistów za bezwzględną mniejszość, dlatego też, aby być fair w stosunku do pozostałych mniejszości, powinienem się wypowiedzieć również na ich temat i nie faworyzować problematyki homoseksualizmu. Czynię to tylko ze względu, że w przeszłości poddałem to szczegółowej analizie i po części aktualne realia, które tą problematykę lansują, tego wymagają.
Stosunek do starszych:
Ludzie, którzy są już wybitnie doświadczeni w życiu (mowa tutaj przede wszystkim o starszych panach w wieku > 70lat) są jedynymi, których potrafię efektywnie słuchać i którym chcę zadawać pytania. Doszedłem do wniosku, iż tylko oni są nośnikami niezawodnych prawd, które niezmiennie sprawdzają się mimo wydawać by się mogło rewolucyjnych zmian społecznych i etycznych. Dlatego chcę tą wiedzę od nich pozyskiwać zanim odejdą z tego świata, zabierając ją ze sobą. Natomiast w przypadku pozostałych starszych sprawa przedstawia się różnie, jednak ci urodzeni już w nowym komunistycznym ustrojstwie trudno są przeze nie przyswajalni, stąd też ich pojmowanie uważam za pomylone.
Stosunek do młodszych:
“Człowieka, który patrzy w oczy dziecka, uderza przede wszystkim ich niewinność: owa przejmująca niezdolność do kłamstwa, do zakładania maski, czy chęci bycia kimś innym, niż jest.” Anthony de Mello
commencing…
Sam będąc młodym mam świadomość jak wielka siła tkwi w nowych generacjach, które jednak kierowana jest w złym kierunku za pomocą manipulacji, która żeruje na naiwności ludzi młodych.
Stosunek do środowiska:
Całe życie z małymi wyjątkami żyłem na prowincji. Duży kontakt z naturą i turystyką wyrobił we mnie szacunek dla tego dziedzictwa i dobrodziejstwa.
Ponadto jestem członkiem LOP (Ligi Ochrony Przyrody), który zapodział gdzieś swoją legitymację członkowską (“zawierucha przeprowadzkowa”). :p
Cokolwiek jednak, nie zdarzyło mnie się jeszcze wyrzucić jakichkolwiek sztucznych śmieci gdzie indziej niż tylko do kosza, dlatego zawsze zanim znajdą się we właściwym miejscu swego przeznaczenia, naturalnie tkwią w moich kieszeniach czy plecaku.
Stosunek do zwierząt:
Już nie znęcam się nad nimi.
Przyznaję się “bez bicia” (jak widać stresowe wychowanie odcisnęło na mnie swe piętno), ale w dzieciństwie w wieku kilku lat 5-8 zamęczyłem kilka małych zwierzaków należących do gospodarstwa domowego moich dziadków. Było to wynikiem moich jeszcze nie całkiem wykształconych zdolności psychoruchowych (tzn. zagłaskać coś na śmierć). ;-(
Stosunek do muzyki:
Odkąd pamiętam muza ta jest moją towarzyszką. Ten zmysł w połączeniu z moją wyobraźnią daje najlepsze efekty.
Gdyby tak grała sobie nieustannie w tle, na pewno życie byłoby bardziej kolorowe, a ludzie bardziej życzliwi dla siebie, tak jak mówi powiedzenie “Muzyka łagodzi obyczaje”.
Z reguły obracam się w muzyce, której przeznaczeniem jest taniec (disco, dance, pop, house), a nie tylko do zwykłego bujania się. Stąd nie mogę przekonać się do wolnego zagranicznego, czy polskiego hiphop`u, jak również do muzyki rastamańskiej. Doceniam jej walory artystyczne, wokalne, ale niestety mam do dyspozycji tylko jedną parę uszu, więc nie jestem w stanie słuchać wszystkiego.
Precyzując jednak w większości obecny jestem w muzyce elektronicznej czyli: Ambient, Chillout, d’n'b, Goa Trance, Psychedelic Trance (PsyTrance), Progressive Trance, Vocal Trance, Tech Trance oraz od czasu do czasu coś mocniejszego w postaci Techno, Hardstyle i Minimal.
Konkludując, mam duży zapał do muzyki dynamicznej, jednak spokojniejsza zawsze ma u mnie zagwarantowane swe miejsce. Jeśli chodzi o rytmikę, to zdecydowanie obstawiam za tą bardziej wyszukaną, niż zwykłą tylko “łupanką”. ![]()
Mało brakowało a zapomniałbym całkowicie o paru latach, kiedy bardziej niż kiedykolwiek ogarnięty byłem muzyką alternatywną z gatunków: Rock, Metal. Przecież nie mogę wyrzec się chociażby Queen, RHCP, Primus-a, Iron Maiden, Sepultury, Metallici czy Acid Drinkers. Nadal liczne metalowe i rockowe kawałki widnieją, czy z chęcią pojawiają się na mojej playliście.
Podobnie jak utwory Phill’a Collins’a, Michaela Jackson’a i inne ‘80, które budzą wspomnienia z dzieciństwa. ![]()
Muzyka odgrywała, odgrywa i nadal będzie odgrywać istotną rolę w moim życiu. Widoczną dla innych ekspresją jest mój taniec, który od kilku dobrych lat stał się mam nadzieję jej dobrą wizualizacją. To też po części determinuje jej dobór, ale na obecnym moim poziomie jest mnie w stanie wprawić w ruch prawie każdy genre. Zaznaczam jednak, że nie tańczę w parze z partnerką. Jest to mój indywidualny “bounce”, stąd też od czasu mojej studniówki stałem się samotnym tancerzem na parkiecie – w tańcu nowoczesnym to specjalnie nie przeszkadza, a nawet daje większą swobodę.
Czego mi tak na prawdę brakuje?
Brakuje mi możliwości częstszego eksperymentowania na parkiecie, ponieważ sądzę, iż z własnej improwizacji jestem w stanie wyprowadzić o wiele więcej motywów, niż tylko te którymi dysponuję obecnie. Nie jest źle, ale mogłoby być lepiej w dziedzinie, która jest dla mnie przecież tak wyjątkowa.
|
|
Stosunek do religii:
Religia to tradycja. Jeśli chciałbym korzystać z dobrodziejstw społecznej aprobaty nią spowodowaną, musiałbym być religijny lub stwarzać dobre religijności pozory. Religia dla mnie jest czymś stworzonym na potrzeby ludzi prostych a za razem zagubionych “z wyboru”, dla fanatyków i dewocji, a raczej taki obraz świata katolickiego był mi przedstawiany przez nową kulturę pod koniec lat 90. Dopełniła tego stosunkowo obiektywna krytyka kościelnej szlachty (duszpasterze), która nie stoi efektywnie w obronie naszych interesów, kraju katolickiego, spadkobierców pierwszych chrześcijan europejskich, obrońców Europy przed muzułmańską nawałnicą.
Ja jako człowiek, który na swojej ścieżce życia rodzi więcej niewiadomych, niż wiadomych nie jest w stanie łatwo zaakceptować takich “gotowców” jak chociażby człekokształtnego Boga. Jednakże na ziemi religie są jedynym skutecznym spoiwem, które nie pozwala większości szarych mas oszaleć z niewiedzy.
W tej właśnie prostocie tkwi cały szkopuł. Powoli dochodzę do wniosku, że błąd nie polega w religii chrześcijańskiej, lecz w samym użytkowniku Pisma Świętego. Po prostu należy tą księgę studiować nie dlatego, że jest ona o naszej religii, lecz zawiera prawdy rządzące ludzkością od kilku tysięcy lat również i teraz.
Jest czymś dobrym dla zwykłych, prostych ludzi, jednocześnie zagrożeniem dla osób spoza tego religijnego układu, osób o wyższej świadomości, często też określanych mianem heretyków. Ale czy tak na prawdę ateiści itp. są rzeczywiście ludźmi o wyższej świadomości? Czy może tylko uciekinierami zwabionymi nowymi narzędziami ogłupiania mas już nie z kościelnej ambony lecz telewizję i radio.
Czy motywem ich konserwatywnego usposobienia jest niepokój, niepewność związana z przyszłością?, czy może przeświadczenie, iż sprawdzone metody są jedynymi właściwymi?
Jeszcze niedawno pisałem, że skłaniam się ku New Age. Spowodowane jest to wieloma względami kulturowymi, które dominowały tudzież wypływały na wierzch w czasie kiedy dorastałem. Muzyka punk-rockowa, metalowa, anarchistyczne grupy punkowe manifestujące swoje antykościelne usposobienie. Aktualnie skłaniam się ku mojej pierwotnej religii. Nie objawi się to raczej wizytami w kościele itp., ale większą aprobatą w odnoszeniu swojego życia do nauk Kościoła poprzez indywidualną, w miarę możliwości analizę Pisma Świętego.
Efektem tego będzie, że z powrotem wrócę na drogę katolicyzmu i niejednokrotnie jeszcze uklęknę w świątyni.
Stosunek do polityki:
Jestem prawicowcem. Prawicowcem przede wszystkim w kwestii tożsamości narodowej, jako Polak świadomy historii swej ojczyzny. Żadna tam Międzynarodówka, internacjonalizm, kosmopolityzm itp. Ten fundament jest wykładnią dla wielu moich wniosków dotyczących obecnych czasów i przemian.
Do pewnego czasu wydawało mnie się, że będę w stanie wypracować coś zupełnie nowego, jakiś nowy pogląd polityczny. Teraz wydaje mnie się, że były to tylko moje złudzenia jeszcze na bazie lewicowych poglądów, które dominowały w mojej przeszłości.
Swój progres zawdzięczam ewolucji z tożsamości lewicowej do tej aktualnej. Stąd też propaguję nieliczne tylko właściwe lewicowe idee (obecne może tylko w świecie technologii), jednak resztę reguluje samoregulujący się konserwatywny-liberalizm.
Dla mnie polityka nie polega na czytaniu gazet, słuchaniu radia, czytania artykułów w Internecie w poszukiwaniu swojego spełnienia w aferach, wzajemnym opluwaniu się.
Faktycznie jestem autokratą i słabo toleruję zdanie innych. Podyktowane jest to tym, iż dużo interesowałem/interesuję się historią i prawdopodobieństwo, iż trafię na kogoś bardziej zorientowanego w tej dziedzinie jest małe, a nawet jeśli to i tak wielu z nich złe wyciąga wnioski na podstawie swej szerokiej wiedzy – usposobienie człowieka determinuje jego pojmowanie (czy na odwrót
).
O naszej politycznej orientacji dużo decyduje nasz charakter, który odzwierciedla nasze postępowanie, skłaniające się w różne strony. Deklaracje są zazwyczaj puste, dlatego również w moim przypadku nadal może zachodzić dysonans pomiędzy poglądami a rzeczywistymi zachowaniami.
Moje zamiłowanie do prawicy bierze się również z niezaspokojonej żądzy praworządności. Heh. Kiedyś napisałbym, że ładu i dyscypliny, ale teraz brzmi to dla mnie zbyt lewacko.
Dziś niestety ludzie, którzy politycznie gromadzą się wokół prawicy przez większość “nowoczesnego” społeczeństwa są nieakceptowane (a raczej społeczeństwa kreowanego przez media i rządy upadającego białego świata).
Kiedyś tylko prawica teraz zainfekowana socjalistycznym zarazkiem wydaje się z nim nadal nieefektywnie walczyć. Nie znalazła jeszcze na niego skutecznego lekarstwa. Demokracja zdaje się tą patologię pogłębiać.
Nadrzędnym celem konserwatywnego liberalizmu jest dążenie do powrotu normalności sprzed rewolucji, sprzed propagacji egalitaryzmu, bez obciążania własnych umysłów świadomością “wyższych celów ludzkości”. Według nich każdy zaradny człowiek powinien skupić się na swojej własności i w jej ramach realizować się bez ograniczeń.
Jednak tam gdzie lewica zdaje się czuła, tam prawica okazuje się nieczuła w mniemaniu opinii publicznej.
Tak, czy inaczej po dokładnym wyważeniu wszystkich za i przeciw wydaje mnie się, iż poddanie się prawicowej konieczności jest zdecydowanie bardziej zasadne od lewicowego optowania, nawet jeśli miałbym w przyszłości paść ofiarą moich przekonań m.in. ulec jednemu z praw ewolucji: selekcji naturalnej, który zgodny jest z elitaryzmem. Pomimo, iż ja sam lub któryś z moich potomków może nie przetrwać próby stawianej przez ewolucję, nadal jestem wyznawcą poglądu, że tak samo jak inne gatunki na tej ziemi doskonalą się lub też przegrywają w wyścigu, tak samo człowiek powinien doskonalić się, a nie umacniać czy propagować różnego rodzaju dewiacji w sposób sztuczny, abstrakcyjny, który tylko osłabia jego populację.
Zdaje sobie sprawę, że z elity się nie wywodzę i nią nie jestem, ale wiem też, że w momencie rządów monarszych wraz ze mną pokazano by prawdziwe miejsce tej całej masie ludzi nieświadomych, głupków, wykształciuchów, oszołomów i cwaniaków, którzy do tej pory mieli za dużo do gadania i decydowania.
Tłumacząc moje poglądy w sposób bardziej wyraźny:
Elitaryzm – Egalitaryzm
Wolność – Równość (tylko równość wobec prawa)
Monarchia – Demokracja
Dużo większa wypłata – Podatki, Emerytura, Służba zdrowia, Opieka społeczna
Kapitalizm – Związki zawodowe
Stosunek do używek:
W skrócie żyję bez używek -> bez egzaltacji – no drugs -> no fun?.
Można powiedzieć, że w tej kwestii też stanowię pewien ewenement. Tym co doprowadziło mnie do takiego stanowiska to doświadczenia życiowe i wyciągnięte z tego wnioski.
1. W kwestii alkoholu:
Z racji, iż jestem potomkiem alkoholika, który też jest potomkiem alkoholika, w pewien sposób postawiony zostałem przed faktem. Jednak w odpowiednich warunkach przerwałem tą rodową farsę i zerwałem z tymi skłonnościami. Na mnie kończy się niechlubna passa mojego rodu. Piję okazjonalnie. Częściej robię to pod presją otoczenia niż z własnej inicjatywy. Faktem jest, iż alkohol istotnie ułatwia wiele interpersonalnych relacji, jednak ja wolę wyzwanie i potencjalną porażkę bez jego wsparcia, to samo dotyczy też relacji z kobietami.
2. W kwestii papierosów: Nie palę, z racji, iż na dłuższą metę robię się od nich blado-zielony.
W momencie słabości (po piwku), w towarzystwie palących zdarzy mi się pociągnąć “macha”. ![]()
3. W kwestii narkotyków:
A no cóż paliło się to i tamto. Do mojego organizmu THC trafiło za pośrednictwem palenia konopii siewnych, czy indyjskich (Cannabis) oraz haszyszu.
Dodatkowo dochodzi jednorazowe spożycie wywaru z grzybów halucynogennych, których zagłębie znajduje się w moich rodzinnych stronach. ![]()
Niewątpliwie narkotyzowanie się było eksperymentem na mojej jaźni, które różnie wspominam, z reguły jednak dobrze. Z racji, że fatum lubi wystawiać mnie na próby przez kilka lat swojego życia miałem okazję doświadczać tego systematycznie zupełnie za darmo i w niektórych momentach nawet z całkiem dużą częstotliwością. Były lufki, jointy, wiadra, bongosy, shoty itp..
Później przez długi czas stroniłem od tego, jednak na złość Fatum, znów rzuca mnie w realia, w których mam z tym bliską styczność, a przecież żadnym dealerem nie byłem. Wtedy też sporadycznie pozwalam sobie. Jednak po kilku poważnych dygresjach zrywam z tym całkowicie.
Zaznaczam jednak, że i tak od samego początku był to po prostu mój n-ty życiowy eksperyment, niż jakikolwiek sposób na odreagowanie.
Podobnie jak ze spożywaniem alkoholu na tyle jestem samowystarczalny, iż nie muszę dla dobrej zabawy stosować tego, czy owego. Zapewne pełna świadomość jest w tym momencie istotnym obciążeniem (coś za coś), ale jako wprawny introwertyk nauczyłem się nad tym panować i bawić bez chemicznych wyzwalaczy.
Natomiast moje pojęcie w zupełności pokrywa się z opinią ekspertów, w tym jednego, którego wywiad możecie przeczytać tutaj. ![]()
4. W kwestii leków:
Całe dzieciństwo spędziłem będąc królikiem doświadczalnym ówczesnej medycyny. To i Czarnobyl spowodowało, że wystąpiły u mnie istotne defekty w układzie immunologicznym. Na dzień dzisiejszy nie stosuję żadnych leków przeznaczenia wewnętrznego. Tym też sposobem nie nakręcam koniunktury rozpanoszonym w życiu publicznym firmom farmaceutycznym. Jedyne co mogę łykać, to witaminki, magnez itp.. Żadnych leków przeciwbólowych, no chyba, że leżę w szpitalu.
Wychodzę z założenia, że nie należy tłumić naturalnych od organizmu symptomów, jak również sztucznie eliminować jego zagrożenia.
Reasumując, stosowanie używek przez istotę ludzką na tym etapie ewolucji uważam za istotny dowód na jej niedoskonałość. Sam też jestem elementem tej niedoskonałości, ale o tyle jestem w tym lepszy, że to zauważam. Jedyną zaletą tego jest możliwość łatwego wyrwania się z barier, które na co dzień narzuca nam nasza własna, trzeźwa nie rzadko ordynarna psychika.
Stosunek do diety i jedzenia:
Tak się składa, iż od kilku miesięcy ewoluuję do postaci wegetarianina. Ku mojemu zdziwieniu nie spożywanie mięsa w jakiejkolwiek postaci nie wpłynęło na jakikolwiek przejaw mojej niedyspozycji, wręcz przeciwnie. I mówię to ja jako osoba, która jest mierna, jeśli chodzi o urozmaicanie swoich dziennych posiłków i ogół czynności kulinarnych. Niestety moja kreatywność nie ma przełożenia na tą dziedzinę życia.






