Dylemat informatyka
To co tutaj napiszę związane jest bezpośrednio z moim niezadowoleniem w stosunku do szkolnictwa wyższego, któremu obecnie podlegam.
Społeczność informatyków jest na dzień dzisiejszy bardzo liczna. Związane jest to z dużym zapotrzebowaniem na tych specjalistów, jak również mnogość dziedzin, w których są oni potrzebni.
To też powoduje, że określanie się dzisiaj mianem tylko informatyka jest bardzo ogólne.
Jest informatyk o profilu naukowca, programisty, projektanta, administratora, developera, administratora, analityka itd.
Nie wiem jaka dziwna siła powoduje to, iż nasze kształcenie nawet na 4 or 5 roku studiów jest nadal tak ogólne.
Dlaczego w moim grafiku kursów zawarte są dziedziny informatyki, które nie rzadko są przeciwległe na spektrum specjalności informatyka?
Ja nie neguję tych przedmiotów, nie wskazuję publicznie, które z nich są anachronizmami.
Ale dlaczego pomimo iż do obrony pracy magisterskiej został rok, nadal bombardowany jestem ogólną wiedzą?
Dodatkowo z każdej strony poddawany jestem próbie wytrzymałości, bo każdy prowadzący ma swoistego bzika na punkcie swojego kursu i do czasu pre-sesji jest chodzącą puszką Pandory.
W moim przypadku wygląda to na przymusową fascynację jedną, druga, trzecią, czwartą i piątą dziedziną informatyki.
Tak wszystkie one są ciekawe, ale jeden, czy nawet 10 semestrów to za mało, aby rzeczywiście być specjalistą w tych 5 dziedzinach jednocześnie. Jest to moim zdaniem niewykonalne dla 95% informatyków.
Mała dygresja wpadła.
Uważam, iż nie każdy, aby chcieć zostać informatykiem, musi być ludzkim odpowiednikiem maszyny, która najlepiej rozumie maszynę, przy której pracuje.
Tym ludziom-maszynom zawdzięczamy elementarną możliwość interakcji z komputerem i jest to wielka zasługa tych o to ludzi wobec reszty naszej cywilizacji.
Jednakże bez bardziej ludzkich informatyków komunikacja z maszyną nie była by dzisiaj tak prosta, czy samej informatyki osiągnięcia, jak np. Internet nie byłyby tak rozpowszechnione jak obecnie. Ten zastrzyk nowych informatyków, z których gros stanowią “stety”, niestety lammerzy istotnie wymusił na całym rynku oprogramowania, aby było ono bardziej ergonomiczne niż kiedykolwiek. To zapoczątkował m.in. Microsoft.
Zaznaczam, że mało komu dane jest skorzystanie z złudnie (dla człowieka) trudniejszego w obsłudze chociażby konsolowego ImageMagick-a, czy scrot-a, nie z racji, że zwykły zjadacz chleba nie ma dostępu do tych programów, czy w ogóle Linuksa lecz z racji, iż statystyczny człowiek nie ma zamiaru robić ukłonu w stronę maszyny. Ma być na odwrót.
Praca w konsoli uważana jest za ergonomiczną tylko przez garść ludzi stricte informatyków, i oni, nawet jeśli kpią z pozostałych, nie są w stanie wymusić na, nazwijmy ich, Windowsiarzach zmiany stosunku do maszyny.
Dlatego też Linux, aby przypodobać się zwykłym zjadaczom chleba musiał upodobnić swoje środowisko pracy do tego znanego z Windowsa. I nie ze względu na to, że Microsoft taką konwencję narzucił.
Po prostu takie środowisko pracy człowiek-komputer okazało się widocznie najlepszym kompromisem pomiędzy człowiekiem a maszyną, z tą różnicą, że człowiek ten kompromis nakreślił, maszyna mogła się jedynie temu przyglądać.
Ten podział w środowisku informatyków, gdzie dzielą się oni m.in. ze względu na preferowany system operacyjny, zdeterminowane zostało pierwotnie przez ich psychikę lub też wtórnie u innych przez przekonujący wpływ danego środowiska np. kolegów informatyków.
Wracając do problemu szkolnictwa wyższego.
Każdy informatyk powinien znaleźć swoje miejsce w informatycznym świecie. Natomiast liczba rzekomo ambitnych informatyków jakich m.in. Politechnika Wrocławska szkoli, kilka razy wykracza poza rzeczywiste potrzeby rynku pracy.
Po co powiedzmy 50% informatyków wpajać matematykę dyskretną, która daje podwaliny dla zagadnień algorytmów, kryptografii, sieci, sztucznej inteligencji, skoro i tak 10% z nich na zasadzie doboru naturalnego zostanie specjalistami tych zagadnień?
Pozostali jeśli musieliby to w ogóle przerobić, zrobiliby to w locie.
Dlaczego rok przed ukończeniem studiów nadal poddawany jestem testom, które mają rzekomo ujawnić moje informatyczne preferencje?
Dlaczego proces specjalizowania studenta jest tak “rozmymłany”?
Dlaczego mam czasami nieodpartą ochotę jakiś kurs najzwyczajniej oblać w ramach bojkotu?
Wniosek: Studiowanie na Politechnice Wrocławskiej w dużej mierze uważam za stratę czasu. Bardziej przypomina to informatyczne liceum ogólnokształcące, niż uczelnię, która ma sprecyzować studiujących informatyków na tyle wcześnie, aby mógł być on specem swojej dziedziny, a nie do końca trwania studiów liznąć tego, śmego i owego.
